Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 111 610 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

23.

niedziela, 28 czerwca 2009 19:59

Poznałam go na imprezie u koleżanki bawiliśmy się razem cały czas. Dałam mu swój numer telefonu z nadzieją, że może kiedyś zadzwoni. Zadzwonił. Zadzwonili następnego dnia spytał się czy możemy się spotkać. Zgodziłam się bez namysłu. Spotykaliśmy się 2 lata nie mięliśmy żadnych tajemnic. Ciągle powtarzał jak bardzo mnie kocha. Postanowiliśmy razem zamieszkać. Moja mama mówiła, że to za wcześnie jeszcze się tak dobrze nie znamy. Ale ja byłam zapatrzona w niego i byłam w końcu pełnoletnia.

Było nam naprawdę dobrze wszystko robiliśmy razem. On miał stypendium a ja rentę po ojcu starczało na opłaty i wyżywienie. Lecz pewnego dnia czar prysnął...

 Zaszłam w ciążę. Gdy mu o tym powiedziałam nie ucieszył się zaczął wyzywać mnie od szmat. Twierdził ze to nie jego dziecko wywalił mnie z mieszkania. Nie miałam gdzie iść. Do matki nie mogłam po kłótni powiedziała, żebym już do niej nie wracała…

Była zima nie miałam się gdzie podziać. Chodziłam po ulicy i marzłam. Szukałam jakiegoś ciepłego miejsc, lecz nic. Poszłam do mamy ona powinna mnie zrozumieć. Nic nie mówiąc wpuściła mnie do domu. Pomogła mi. On dzwonił do mnie chciał przepraszać. Mówił, że wie, że to jego dziecko, lecz zapóźni sobie o ty m przypomniał…

Dziecka już nie było…


Podziel się
oceń
269
73

komentarze (32) | dodaj komentarz

22.

sobota, 27 czerwca 2009 22:25
Dawno, dawno temu, na oceanie istniała wyspa, którą zamieszkiwały emocje, uczucia oraz ludzkie cechy - takie jak: dobry humor, smutek, mądrość, duma; a wszystkich razem łączyła miłość. Pewnego dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się, że niedługo wyspa zatonie. Przygotowali swoje statki do wypłynięcia w morze, aby na zawsze opuścić wyspę.

Tylko miłość postanowiła poczekać do ostatniej chwili. Gdy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, miłość poprosiła o pomoc.

Pierwsze podpłynęło bogactwo na swoim luksusowym jachcie. Miłość zapytała:
- Bogactwo, czy możesz mnie uratować?
- Niestety nie. Pokład mam pełen złota, srebra i innych kosztowności. Nie ma tam już miejsca dla ciebie - odpowiedziało Bogactwo.

Druga podpłynęła Duma swoim ogromnym czteromasztowcem.
- Dumo, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Niestety nie mogę cię wziąć! Na moim statku wszystko jest uporządkowane, a ty mogłabyś mi to popsuć... - odpowiedziała Duma i z dumą podniosła piękne żagle.

Na zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.
- Smutku, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Och, Miłość, ja jestem tak strasznie smutny, że chcę pozostać sam - odrzekł Smutek i smutnie powiosłował w dal.

Dobry Humor przepłynął obok Miłości nie zauważając jej, bo był tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc.

Wydawało się, że Miłość zginie na zawsze w głębiach oceanu...

Nagle Miłość usłyszała:
- Chodź! Zabiorę cię ze sobą! - powiedział nieznajomy starzec. Miłość była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie życia, że zapomniała zapytać, kim jest jej wybawca.

Miłość bardzo chciała się dowiedzieć, kim jest ten tajemniczy starzec. Zwróciła się o poradę do Wiedzy.
- Powiedz mi proszę, kto mnie uratował?
- To był Czas - odpowiedziała Wiedza.
- Czas? - zdziwiła się Miłość. - Dlaczego Czas mi pomógł?
- TYLKO CZAS ROZUMIE, JAK WAŻNYM UCZUCIEM W ŻYCIU KAŻDEGO CZŁOWIEKA JEST MIŁOŚĆ - odrzekła Wiedza.

Podziel się
oceń
142
23

komentarze (9) | dodaj komentarz

21.

sobota, 27 czerwca 2009 22:22
Leżę w łóżku. Uśmiechnięta, pogrążona w przyjemnych rozmyślaniach. Jak to dobrze że Cię mam! Już od 8 miesięcy wspierasz mnie, dotykasz, kochasz, budujesz dla mnie świat, do którego nie ma prawa zakraść się nikt inny poza nami. Pokazałeś mi życie od tej dobrej strony, strony jakiej nie pokazał mi żaden inny facet, szczególnie ten, który był przed tobą.

Mój telefon dzwoni, wyrywa mnie z błogiego spokoju - "To na pewno ty" - mówię w myślach do siebie.

- Słucham - numer nieznany
- Maju musimy porozmawiać - mówi wzburzony, ale i smutny kobiecy głos. Z początku nie poznaje.
- Kto mówi?
- Chodzi o Szymona

***

Idę do taty, zawsze lubię wtulić się w jego ramiona, chociaż jestem już dorosła kobietą, to mnie uspokaja. Tata zawsze mnie wysłucha, a co najważniejsze wie, kiedy po prostu nie trzeba nic mówić.

Moja rozmowa z tą Panią trwała krótko. O czym mogę rozmawiać z matka chłopaka, który rzucił mnie i zostawił samej sobie znikając (dosłownie znikając) z mojego życia? To dziwne, bo nagle znalazły się powody ku tej rozmowie, po 9 długich miesiącach, choć kiedy ja dzwoniłam i prosiłam o jakiekolwiek wieści odchodziłam z płaczem i pustymi rękoma. Mówi się "Jak trwoga to do Boga" i gdyby zamiast "Boga" wstawić moje imię, byłoby to dokładnym odzwierciedleniem sytuacji.

Z Szymonem byłam długo, bite 2,5 roku. Były chwile dobre i złe, wesołe i smutne, chwile dołków i wyżyn. Teraz już mogę z pełną odpowiedzialnością za słowa powiedzieć, że nasze charaktery różniły się tak bardzo, że jeśli kiedykolwiek doszłoby do planowanego ślubu skończyłoby to się tragedią w skali tsunami. Na szczęście do ślubu nie doszło, co teraz mnie cieszy, wtedy było równoznaczne ze śmiercią połowy mnie. Wyjechał daleko, sama nie wiem gdzie, podobno na drugi kraniec Polski. Wyobraźcie sobie teraz ptaka który żył w złotej klatce karmiony codziennie i pieszczony przez swojego właściciela, a teraz właściciel się nim znudził i wypuścił go na wolność. Wolność, cóż za piękna rzecz, tylko jak ptak całe życie trzymany w klatce ma teraz poradzić sobie sam na wolności? To właśnie ja. Nie chciałam wolności, chciałam mojej złotej klatki, a jednak musiałam nauczyć się żyć na nowo, w innej scenerii, bez mojej klatki.

Uczyłam się powoli, małymi kroczkami, a kiedy przychodziły chwile smutku i bezradności robiłam wszystko, żeby się z nim skontaktować przez wysyłanie maili po telefonowanie do jego rodziców. W odpowiedzi nie dostawałam nic, bądź słowa "Szymon nie chce cię widzieć, proszę nie dzwoń do mnie". Usłyszałam to zdanie chyba milion razy w ciągu miesiąca. Poniżałam się i kompromitowałam bez ustanku prosząc jak żebrak o jedną krótką rozmowę. I wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałam los zesłał mi Roberta.

***



- Chcesz córcia porozmawiać ?
- Nie tato, nie chcę - ostatnią rzeczą, którą chciałam robić było wylewanie przez gardło słów, jakie wypadły z mojej komórki. Miałam już więcej nawet nie wspomnieć jego imienia. Wszystkie pamiątki, rzeczy, zdjęcia leżały w piwnicy w małym kartoniku i czekały aż za 20 lat wyjmę je i będę z uśmiechem wspominać "takiego jednego byłego". Tymczasem teraz wszystko się skomplikowało. Szymon próbował się zabić, Szymon próbował się zabić, Szymon próbował... "Przyjedź, przyjedź proszę" - jej słowa dźwięczały mi w uszach i nie mogłam ich z stamtąd wyplenić. Jechać? Ale właściwie po co? Zostać, a może jednak naprawdę tam jestem potrzebna? Co z Robertem, co z nami, co z tym, co układałam przez tyle miesięcy? Co jeśli da mi ultimatum? Czego miałam się do cholery spodziewać?

Wszystko mieszało mi się w głowie. "Jak najszybciej" - dźwięczało kolejne wyrwane z kontekstu słowo. Mam do niej taki żal, a teraz w ogóle rozważam decyzje wysłuchania jej? Co jest ze mną nie tak!?

- Rób co uważasz za słuszne, ja do niczego cię nie zmuszę i od niczego nie odwiodę.
- Robert proszę, pomóż mi podjąć dobrą decyzje.
- Maja! To jest twoje życie, nieważne, że jesteś ze mną, ta sprawa dotyczy Ciebie, nie mnie - zawsze pozostawiał mi wybór. Zawsze wiedział ile znaczył dla mnie Szymon, z bólem serca wysłuchiwał moich łez, kiedy tamten mnie zostawił. Mimo tego, że byliśmy razem pozostawił mnie na wolności i nauczył, że będąc z kimś wcale nie trzeba żyć w klatce ciągłych zakazów. Teraz jednak pojawił się ten drugi. Co robić?

- Na te kilka dni kiedy będziesz u niego, wyprowadzę się. Wiesz, gdzie mnie szukać Skarbie - mówił to z takim cierpieniem, z takim bólem. Nic nie odpowiedziałam poza króciutkim "dobrze".

Byłam już na przedmieściach Szczecina, lada moment miał pojawić się szpital. Byłam coraz bardziej zdenerwowana i coraz bardziej niepewna jakichkolwiek uczyć. Może tak naprawdę nie potrafię kochać? A może od początku kochałam i kocham tylko Szymona, a Robert był tylko jego zastępcą, zwykłym pocieszeniem. Ale przecież tak mi było z nim dobrze, taka byłam przez ostatnie miesiące szczęśliwa, więc jak mogłam go nie kochać? Tyle, że skoro kochałam to, czemu nie jestem z nim, a na schodach szpitala daleko od domu?

Weszłam do sali w przypływie adrenaliny i ciekawości. Jak wygląda po tym czasie. Zmienił się, czy nie zmienił? Jest ogolony, czy ma lekki kilkudniowy zarost, jaki zawsze mi się u niego podobał? Może jest pogrążony w rozmyślaniach, może zerka wyczekująco na drzwi myśląc, kiedy w końcu w nich stanę? Wchodzę!

- Jesteś - mówi tylko swoim aksamitnym głosem.
- Tak - spoglądam na niego, później na jego mamę i tatę. On jest raczej taki jak był, pomimo że na twarzy przybyło mu kilka lat, bez wahania rozpoznałabym go wszędzie. Jego mama uśmiecha się do mnie, a tata stara w ogóle na mnie nie patrzeć. Podchodzę jeden krok bliżej. Nagle na ustach matki znika uśmiech numer jeden i pojawia się drugi z innej półki, szyderczy z nutą satysfakcji, miły ale zarazem nieziemsko fałszywy. Spoglądam na Szymona, chyba nie dostrzega niczego w około poza mną. Badam go wzrokiem. Widzę przed sobą obcego mężczyznę. Co z tego, że kiedyś tuliłam go i kochałam, co z tego, że kiedykolwiek całowałam te usta i dotykałam tej klatki piersiowej, skoro teraz to dla mnie nie do pomyślenia. Jak w ogóle mogłam przypuszczać, że nadal coś do niego czuję? Jak mogłam zwątpić, choćby na chwilę, w miłość do Roberta? Mówię sama do sobie patrząc pustym wzrokiem: "Co ty mi Szymonie w życiu dałeś? Zazdrość, brak wolności, łzy, ból. A teraz ja, jak siostra miłosierdzia przybywam, jadąc 500 kilometrów, żeby cię tylko odwiedzić. Głupota!"

- Wejdź, usiądź, porozmawiamy, rodzice zaraz wychodzą.
- Wiesz, ja dosłownie na minutkę - zdziwił się, we mnie wezbrała złość - chciałam korzystając z okazji, że wiem gdzie się znajdujesz i o dziwo jestem tu, podziękować ci za miesiące łez, nieprzespanych nocy, podkrążonych oczu - mówiłam to z uśmiechem - za tysiące wydane na antydepresanty i wizyty u specjalistów. Pani, spojrzałam na jego zaskoczoną mamę, dziękuję za wieczne zwodzenia i za to, że zdobywała pani mój numer i dzwoniła tylko, kiedy pani cokolwiek ode mnie potrzebowała. Panu za nic nie podziękuję - na niego wolałam nie patrzeć - gdyż pan może i jako jedyny w tej rodzinie miał na tyle honoru, żeby od początku nie kryć się z niechęcią do mnie. Tobie Szymon życzę jeszcze tylko szybkiego powrotu do zdrowia i proszę was wszystkich o nie kontaktowanie się ze mną nawet w spawach, które wam wydają się najważniejsze. A teraz uciekam, bo w domu zostawiłam coś cenniejszego niż to, co tu widzę razem wzięte. Do widzenia! - wybiegłam ze szpitala niczym rakieta prosto do samochodu, a potem gnałam na złamanie karku byle jak najszybciej być w domu.

***

- Jesteś - powiedział, otwierając mi przed nosem drzwi mieszkania swojej mamy - jechałaś w środku nocy? Mogło ci się coś stać, mogłaś zaczekać do rana.
- Chciałam być z tobą, jak tylko mogłam najszybciej - uśmiechnęłam się lekko, a malutkie łezki spłynęły mi po policzkach. Weszliśmy do mieszkania.
- Nie wierzyłem, że jeszcze wrócisz.
Z pokoju wyjrzała jego mama i zwróciła się do mnie tym, co zwykle pogodnym tonem - mówiłam mu, że musisz wrócić, przecież bardzo go kochasz - założyłam mu ręce na szyję i spojrzałam głęboko w oczy
- Skąd Pani wie? - zapytałam z uśmiechem
- Jesteś wpatrzona w niego jak w obrazek i bóg mi świadkiem, nie wiem, jak mógł tego nie zauważyć - minęła nas i weszła do kuchni.
- Kocham cię Robert.
- Ja ciebie i też, i cieszę się że jesteś.

Podziel się
oceń
106
19

komentarze (13) | dodaj komentarz

20.

sobota, 27 czerwca 2009 22:18
Odchodzi. On, jej Anioł, kochanek, wspaniała osoba. Zawsze uważała go za kogoś wyjątkowego. Pomagał jej zawsze, trzymał za rękę, gdy opłakiwała śmierć matki. Pomocny, uczynny. Jego rękaw zawsze był do dyspozycji, gdy Aga chciała się w niego wypłakać. Myślała, że tak będzie już zawsze, że będą razem do przysłowiowej "grobowej deski". W jej głowie kołowała się masa myśli; "Jak on może mi to robić? Po tym wszystkim co razem przeżyliśmy.. Przecież ja go kocham... Dlaczego?!". Nikt nie znał odpowiedzi na te pytania, nikt też nie wiedział dlaczego miłość, tak wielka, gorąca, która miała trwać do końca, kończy się. Czyżby on przestał ją kochać? Przecież to niemożliwe! Zawsze dawał jej dowody miłości, twierdził, że kocha ją jak nikogo innego. Na pewno nie kłamał... A może zdrada? Bała się zapytać. Bała się odpowiedzi. Leciały łzy, w powietrzu unosił się zapach bezsilności i cierpienia tej kobiety, która przez swoje życie przeżyła tak wiele... Wierzyła w miłość strasznie! Wierzyła, że kiedyś to, co przeżyła jako dziewczynka, wynagrodzi jej los w przyszłości. Nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Jest sierotą. Potrzebowała bardzo kogoś, kto będzie ją kochał. A teraz? Wszystko się zepsuło, mur który budowali wspólnie, nagle się rozpadł. Tak samo jak ta wielka, szalona miłość. Tak szybko, bez słowa wyjaśnienia. W końcu odważyła się. Spytała: Dlaczego?

Nie potrafił odpowiedzieć. Bał się. Odwrócił twarz, żeby ona nie mogła zobaczyć łez spływających po jego policzku. W głębi duszy bardzo cierpiał, nie chciał odchodzić. Kochał ją. Tylko jedna kobieta wiedziała dlaczego tak się stało, dlaczego postanowił skończyć coś tak wspaniałego. Tą kobietą była pani doktor. To ona postawiła diagnozę- AIDS. W tej jednej sekundzie kiedy to usłyszał, zawalił mu się świat. Kiedyś brał, fakt. Dużo, próbował już chyba wszystkiego. Był na dnie. Ale rodzina, przyjaciele pomogli mu z tego wyjść. Zerwał z przeszłością, pokochał kogoś. I cholernie nie chciał, aby to co było się za nim ciągnęło. Jednak sypiał z wieloma pannami. Nie znał ich, po prostu na odlocie nie kontrolował siebie, nie wiedział co robi. Potem zawsze żałował. W końcu stało się to, co praktycznie było nieuniknione... Jakaś z panienek zaraziła go tym świństwem...

A dziś? Nie potrafił poradzić sobie z tym problemem. Bał się odpowiedzialności. Wiedział, że ona cierpi, ale... No właśnie, było to jedno ALE. Kochał ją nadal, nie potrafił jej opuścić. Długo się do tego zbierał.

Aga... Siedziała zapłakana, w myślach ciągle powtarzała: "DLACZEGO?". Chciała tak strasznie wiedzieć, znać odpowiedzi na dręczące ją pytania. Bardzo go kochała. Czystą, szczerą miłością. Było im razem tak dobrze. Na dodatek miała dla niego niespodziankę. Spodziewała się jego dziecka. To by dopełniło ich i tak wspaniały już związek. Chciała powiedzieć mu w dniu jego urodzin. Za trzy dni...

Spakował się. Podszedł do niej. Ostatni raz dotknął jej delikatnego, mokrego od łez policzka. Spojrzał głęboko w oczy, jakby chciał znaleźć w nich pomoc. Pocałował. Agnieszka chciała, aby ta chwila trwała wiecznie. Przytrzymała dłonią jego głowę. Nie chciała go puścić. Jednak on odsunął się. Zdążył powiedzieć cicho: "Przepraszam..." i wyszedł. Stał jeszcze przez chwilę pod drzwiami zastanawiając się czy postąpił słusznie.

Osunęła się na ziemię i zaczęła płakać. Była zdezorientowana, nie wiedziała co się dzieje.
Wspomnienia... Przyszły tak nagle i nieoczekiwanie. Przypominała sobie ich pierwszy spacer, pocałunek, pierwszy raz. Każdą wspaniałą chwilę.

Nagle odezwał się sygnał w jej komórce. Nie miała siły podejść by odczytać SMS-a. Jednak doszła do wniosku, że to może być od niego. Wstała, podeszła i mokrymi od łez oczyma odczytała: "Kocham Cię, nawet nie wiesz jakie dla mnie to trudne. Powiem Ci, na pewno. Ale nie dziś. Nie jestem na to gotowy.". Aga wybiegła z domu. Zauważyła go stojącego na przystanku. Było już późno. Podbiegła i wprost zapytała:
- Powiedz mi. Błagam!
Stał chwilę, wahał się. W końcu odpowiedział:
- Tak. Masz rację. Masz prawo wiedzieć. Powiem. Choć nie wiesz nawet jakie dla mnie to trudne... Miałem odwagę robić to co robiłem, więc znajdę odwagę też, aby Ci o tym powiedzieć. Jestem chory. Mam AIDS. Ale...- zaczął płakać.
Nie mogła w to uwierzyć... Nic nie powiedziała, odwróciła się i poszła do domu. Tam położyła się i zaczęła płakać. Nad ranem zasnęła zmęczona całonocnym płaczem.

Nazajutrz pojechała do lekarza. Chciała wiedzieć, czy ona jest zdrowa. Zrobiła badania. Przez te kilka dni czekając na wyniki żyła jak w transie. Robiła to, co musiała. Ciężko z nią było się skontaktować... Cały czas towarzyszył jej strach o siebie, o dziecko... W końcu telefon. Są wyniki. Pojechała. Otworzyła kopertę i... CUD! Jest zdrowa! Nie posiadała się z radości. Cały gniew przeszedł jej, liczyło się tylko to, że nie zaraził jej i ich dziecka. Zadzwoniła do Krzyśka.
- Jestem zdrowa. A Tobie nie pozwolę, abyś odszedł. Razem przez to przejdziemy, kochamy siebie, nie pamiętasz? Nie zostawię Ciebie w takim stanie. Kocham Cię. Wracaj, proszę Cię, wybaczę Ci to, co zrobiłeś.

Odpowiedzią była cisza. Cisza, która była wymowniejsza od słów.

Na drugi dzień wrócił. Zapłakany... Udawali, że są szczęśliwą parą. Żyli dla siebie i dla nienarodzonego dziecka. Kochali się bardziej, niż kiedykolwiek indziej. Chodzili razem na spacery, jeździli na wycieczki. Urządzili pokój dla swojego dziecka. Postanowili, że jak będzie to chłopiec, to będzie Krzysztof, a dziewczynka, Oliwia. Ustalili także, że jak już go zabraknie, a dziecko będzie starsze, Aga opowie mu historię swojego taty i powie, że teraz on siedzi na jednej z gwiazd i czuwa nad nimi. I że go na pewno bardzo kocha. Żeby wiedziało...

Doczekał narodzin swojej córeczki. Dostała na imię Oliwia, tak jak ustalili wcześniej. Tata bardzo ją kochał, była jego oczkiem w głowie. Długo niestety nie nacieszył się rolą ojca. Dwa miesiące po narodzinach zmarł...

Do trumny włożyła mu karteczkę z napisem:

"Miłość to jest to, co pozostaje, gdy już zabrane jest wszystko. Nawet nadzieja... Kocham Cię".

Podziel się
oceń
111
17

komentarze (22) | dodaj komentarz

poniedziałek, 1 września 2014

Licznik odwiedzin:  156 054  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O moim bloogu

Bardzo smutne opowiadania :( nie tylko o miłości :(

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 156054

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl